niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział 8

Hermiona siedziała w bibliotece przyglądając się zamyślonej twarzy Malfoy'a. Chłopak przepisywał coś zawzięcie z książki, którą przygotowała na dzisiejsze korepetycje. Siedzieli tutaj już godzinę i uczyli się transmutacji. Ślizgon radził już sobie całkiem nieźle i robił duże postępy. Widać było, że bardzo mu zależy.
Gryfonka myślała o ich spotkaniu sprzed tygodnia. Oczywiście projekt wyszedł im perfekcyjnie, ale to nie ta sprawa siedziała w głowie dziewczyny. Hermiona rozmyślała o ich rozmowie. Może nie okazała tego, ale bardzo poruszył ją list, który znalazła u Draco, a jeszcze bardziej to, że zaryzykował i nie spalił dowodu korespondencji z matką. Brązowowłosa przekręciła głowę patrząc na profil Dracona. Wydawał się taki spokojny i szczęśliwy. On naprawdę się zmienił. - przeszło jej przez myśl.
- Skończone. - oznajmił w końcu chłopak i spojrzał uradowany na Hermionę. - Co ci? - zapytał i zmarszczył brwi widząc zamyślony wyraz twarzy dziewczyny i jej nieobecny wzrok.
- Nic. - odparła i uśmiechnęła się. - Zupełnie nic.
Zapadła na chwilę cisza.
- To zbieramy się?
- Tak, jasne.
Spakowali swoje książki i ruszyli do Pokoju Wspólnego. Jak zwykle wygłupiali się i śmiali.
- Idziesz się w sobotę pouczyć? - zapytał nagle całkiem poważnie ślizgon i spojrzał na gryfonkę.
- Raczej tak, a co?
- Bo pojutrze jest trening Quidditcha. - powiedział blondyn całkiem naturalnie i spojrzał wyczekująco na Hermionę.
Dziewczyna nie zrozumiała i także spojrzała na chłopaka pytająco.
- I co w związku z tym? - zapytała w końcu po chwili napiętej ciszy.
- No i pomyślałem, że może przyszłabyś popatrzyć jak gramy, a potem razem byśmy się pouczyli. Oczywiście możesz wziąć z sobą Rudą, myślę, że Diabeł się ucieszy.
Hermiona zastanawiała się przez chwilę nad słowami ślizgona, ale w końcu, co jej szkodziło?
- No, okej. - powiedziała w końcu. - O której ten trening?
- O 12.00- poinformował ją blondyn i uśmiechnął się naprawdę szczerze.
- No to do jutra. - powiedziała Gryfonka i weszła do swojego dormitorium.
Dopiero teraz zrozumiała jak dużo jej to szkodziło. Może i pogodziła się z większością ślizgonów, ale żeby od razu pakować się do nich z butami... przecież to czyste szaleństwo! I co powie Ginny? A może nic nie powie, tylko ją wyśmieje?
- O Boże, co ja narobiłam? - zapytała się sama siebie Brązowowłosa i opadł na łóżko. Nie wiedziała dokładnie dlaczego, ale zachciało jej się śmiać. Uśmiechnęła się szeroko. Leżała jeszcze przez chwilę, po czym wykąpała się i ubrała w piżamę. Położyła się spać, ale nie zasnęła od razu. Znowu myślała. Dlaczego Malfoy tak się zmienił w stosunku do niej, dlaczego tak szybko zgodziła się na pójście na trening Quidditcha...Przecież ja nienawidzę Quidditcha! - pomyślała... i co ona tak w ogóle czuje do tego ślizgona...? Można by powiedzieć, że jej myśli krążyły tylko i wyłącznie wokół pewnego blondyna, ale Hermiona nie zdawała sobie teraz z tego sprawy. Nawet się zauważyła, kiedy odpłynęła w objęcia Morfeusza.

***

Biegła ciemnym korytarzem. Nie wiedziała dlaczego ucieka, ale pewnym było, że jeśli choć na chwilę zwolni, może się stać coś strasznego.
Po jej brudnej, zakurzonej twarzy ciekły łzy. Czuła ogromną pustkę zalewającą jej ciało. Załkała cicho. Potknęła się, ale zamiast upaść, spadała. Po chwili uderzyła całym ciałem o podłogę. Jęknęła. Szybko podniosła się nie zważając na ból i rozejrzała po pomieszczeniu w popłochu. Komnata była okrągła, ściany tylko gdzieniegdzie oświetlało słabe światło. Podłoga była wykonana z jakiegoś czarnego kamienia, a sufitu nie było widać w mroku. Podeszła do jednej ze ścian i dotknęła jej delikatnie. Nic się nie stało. Spojrzała jeszcze raz w górę i podciągnęła spadającą z jej chudych ramion pomiętą koszulkę.
Nagle w pomieszczeniu rozległ się głos tak surowy i przerażający, że aż ciarki przeszły jej po plecach.
- Zostałaś sama? - zapytał szyderczo i zaśmiał się złośliwie. Mówił cicho i dobitnie. - Wszyscy cię opuścili? Nie dziwię im się. Jesteś nie warta nawet ich czasu. - znów się zaśmiał, jakby opowiedział wyjątkowo dobry żart.
- Ja nie...
- Och, nie okłamujmy się. Jesteś zwykłą szlamą. Pomyłką tego świata! Nigdy nie będziesz warta niczego, nawet własnych mugolskich rodziców. Nikt nie chce mieć nic do czynienia z kimś takim jak ty. Wszyscy cię zostawili. Lepiej było by, gdybyś umarła.
- Wcale nie! - krzyknęła, a w jej oczach zalśniły łzy. Tyle walczyła, żeby przeżyć i nagle ktoś jej mówi, że lepiej, gdyby jednak zginęła! - Oni wcale nie odeszli z własnej woli! To On ich zabił! - wrzeszczała płacząc. Rozdrapywała dopiero co zabliźnione rany, a to bolała tak bardzo.
- Acha... czyli nie dość, że cię opuścili, to jeszcze pozwoliłaś im umrzeć. - pastwił się nad nią dalej. - Nigdy nie będziesz zbyt dobra. Zawsze będziesz wyrzutkiem społeczeństwa...
- Nie, nie, nie... - powtarzała jak mantrę, podczas gdy głos osaczał ją ze wszystkich stron, napierał na nią, przytłaczał ją. Serce pękało jej z bezsilności i tego wszechogarniającego smutku. Krzyczała i płakała, kiedy szyderczy głos śmiał się i rzucał obelgami.

Otworzyła gwałtownie oczy. Podniosła się szybko z pościeli i rozglądnęła spłoszonym wzrokiem po pokoju. Cała była zalana potem, drżała, a na jej twarzy było widać ślady łez. Zanim zdążyła jednak cokolwiek zrobić, drzwi otworzyły się z hukiem i wpadł przez nie Draco. Stanął w przejściu i spojrzał zdziwiony na szatynkę. Hermiona tak samo patrzyła ze zdziwieniem na blondyna, a nawet lekkim przestrachem. Pewnie dalej mierzyliby się spojrzeniami, gdyby nie odezwał się ślizgon.
- Sły... słyszałem jak krzyczałaś. - wyjąkał lekko speszony.
Gryfonka tylko szybko kiwnęła głową, dalej patrząc się na chłopaka.
- Już wszystko dobrze? - zapytał w końcu.
- Tak... - powiedziała i odwróciła na chwilę wzrok. - To... to był tylko koszmar. - wyjaśniła i lekko się zarumieniła. Wstydziła się, że dalej ma w sobie ten strach i ból, że przegrywa z własnym umysłem, że boi się zasnąć, żeby znów nie znaleźć się w sennym koszmarze. Teraz gdy naprawdę sobie to uświadomiła, czuła się niegodna bycia Prefektem Naczelnym Gryffindoru.
- Nie martw się. Ja też je mam. - odezwał się z nienacka Draco.
Uśmiechnął się i już miał wyjść, kiedy dziewczynie coś zaświtało.
- Dlaczego ty... jak... w jaki sposób mnie usłyszałeś?
- No... normalnie. Ten tego... spałem sobie i nagle usłyszałem krzyk dobiegający z twojego pokoju, więc przyszedłem, aby sprawdzić czy nic ci nie jest. - powiedział to z taką nonszalancją, jakby opowiadał swoją drogę do sklepu po bułki. Uśmiechnął się jeszcze raz do zszokowanej dziewczyny i wyszedł. No to wychodzi na to, że zapomniałam wyciszyć pokój. - pomyślała Hermiona. Opadła ostrożnie na poduszki. W sumie nie sądziła. że Malfoy też może mieć koszmary.
Tak, właśnie to pozostawił po sobie Voldemort i ta przeklęta wojna. Masę nie zagojonych ran nie tylko na ciele, ale również na duszy.


***

Następnego ranka Hermiona wstała dość wcześnie. Była niewyspana, ale wiedziała, że już nie zaśnie. Tak było zawsze, gdy nawiedzały ją senne koszmary. Leżała więc tylko na łóżku i patrzyła na sufit myśląc o wczorajszej nocy. Po wizycie Malfoy'a udało jej się o dziwo zasnąć i dzięki Bogu nie męczyły jej już żadne koszmary, co było o tyle fantastyczne, co i zadziwiające. Pewnie myślałaby jeszcze długo, ale nagle zaburczało jej w brzuchu. Spojrzała na zegarek i jęknęła. Była 6:40. Podniosła się z posłania, ubrała i na palcach wyszła do Pokoju Wspólnego. Nie zastała tam nikogo, bo i z jakiej przyczyny ktokolwiek miałby wstawać tak wcześnie? Przemknęła cicho przez komnatę i ruszyła korytarzem w stronę Wielkiej Sali. Weszła na "śniadanie" i okazało się, że jednak nie tylko ona nie mogła dzisiaj spać. Co prawda nie było żadnego z nauczycieli, ale za to przy stole krukonów siedziało kilku uczniów i zawzięcie coś czytało, a dwie dziewczyny z Hufflepuffu szeptały coś cicho między sobą popijając kawę. Hermionę zdziwiła liczba ślizgonów siedzących przy swoim stole, bo było ich aż dziesięciu i... oczywiście żadnych gryfonów, co było do przewidzenia. Dziewczyna westchnęła leciutko i opadła na ławę przy stole Gryffindoru. Nalała herbaty do kubka i zamknęła oczy. Nałożyła na swój talerz dwie kanapki z serem i zjadła je powoli. Spojrzała na zegarek na swojej ręce. Była już 7:25. Za niedługo pewnie zaczną schodzić się głodni uczniowie, więc ma jeszcze trochę czasu, żeby pójść na błonia. Hermiona dopiła herbatę i wstała od stołu. Wyszła z zamku i skierowała się w stronę jeziora. Szła nucąc pod nosem jakąś piosenkę i kopiąc nogą kamyki na drodze. Uśmiechnęła się lekko i odetchnęła świeżym powietrzem. To było to, czego potrzebowała, chwila ciszy i świeże powietrze. Często przychodziła tu z Harry'm i Ron'em zanim... zanim zostałam sama. - pomyślała z bolesną świadomością, że to niezaprzeczalnie jest prawda. Mimo to wspomnienie przyjaciół i dawnych chwil zalało szatynkę miłymi wspomnieniami. Szła tak bezmyślnie po brzegu jeziora rozpamiętując najlepsze chwile spędzone w tym miejscu, gdy nagle usłyszała cichy plusk, jeden i drugi... Spojrzała w miejsce skąd dochodziły odgłosy i zobaczyła, że na nabrzeżu siedzi skulona postać i wrzuca kamienie do jeziora. Ciemna skóra, brunet, szmaragdowo srebrny szalik... to mogła być tylko jedna osoba. Hermiona zsunęła się z niewielkiej skarpy i ruszyła w stronę chłopaka. W sumie nie wiedziała po co to robiła, ale wiedziała, że postępuje właściwie. Podeszła do ślizgona i stanęła koło niego. Brunet najwyraźniej jej nie zauważył, bo dalej wrzucał skały do wody z nieobecnym wyrazem twarzy.
- Mogę się dosiąść? - zapytała szatynka.
Chłopak spojrzała na nią i wzruszył ramionami.
- Jeśli masz ochotę załapać ode mnie doła, to proszę bardzo. - powiedział i wziął do ręki jeszcze jeden kamyk.
- Zaryzykuję. - odparła Hermiona i uśmiechnęła się lekko siadając koło Zabbini'ego.
- A teraz powiedz co cię gryzie. - dodała po chwili milczenia.
- I tak nie zrozumiesz. - powiedział chłopak i już chciał rzucić następnego kamienia, ale Hermiona go powstrzymała.
- Nie dowiesz się, jeśli nie spróbujesz. - powiedziała śmiertelnie poważnie.
Brunet patrzył na nią chwilę aż w końcu westchnął.
- Dobra, jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to moja matka znowu bierze ślub, zadowolona?
- A to nie jest dobrze? - spróbowała ostrożnie dziewczyna, ale zaraz tego pożałowała, bowiem Blaise poczęstował ją takim spojrzeniem, że gryfonka sama się dziwiła, że jeszcze nie leży martwa.
- Nie, to wcale nie jest dobrze. - powiedział ślizgon. - Ona wychodzi nie za kogo innego tylko Nathana Andrew'a. - wysyczał to z takim jadem, jakby była to najgorsza ze znanych mu obelg.
Hermiona prawdę mówiąc niezbyt kojarzyła to nazwisko. Co prawda obiło jej się o uszy, ale nie mogła sobie przypomnieć co to za gość i co najważniejsze dlaczego Blaise tak bardzo go nie lubi. Chłopak chyba wyczytał to z jej twarzy bo powiedział:
- Były śmierciożerca. Jeden z tych nielicznych, którym nic nie udowodniono. Dał radę pozostać w ministerstwie i sam oskarżał innych śmierciożerców. - spojrzał w oczy gryfonce. - On naprawdę nie należał do przyjemniaczków w szeregach Voldemorta. Był jego zagorzałym zwolennikiem. - wyjaśniał dalej, a ona słuchała. - Ja... - zaciął się na chwilę, jakby w gardle stanęła mu wielka gula. - Ja boję się zostawić z nim matkę, tylko ona się uparła na to małżeństwo. Nie chce słyszeć żadnych racjonalnych argumentów. Naprawdę nie wiem już co robić. - ukrył twarz w dłoniach i westchnął ciężko.
Hermiona chwilę siedziała w bezruchu nie wiedząc co zrobić, ale w końcu położyła dłoń na ramieniu bruneta. Ten gest pasował idealni. Żadne puste słowa nic by nie dały.
- Wymyślisz coś, nie damy temu potworowi ożenić się z twoją matką.
Po tych słowach zapadła cisza. Nie musieli nic mówić, wystarczy, że nie byli sami. Problemy zbliżają ludzi.
- Chyba powinniśmy już wracać. Na pewno zaczęła się już pierwsza lekcja. - powiedział w końcu brunet i wstał. - Draco na pewno się niepokoi o nas.
- Może o ciebie. - mruknęła brązowowłosa. - My nie jesteśmy w aż tak dobrych stosunkach.
Blaise uśmiechnął się z politowaniem.
- Ty naprawdę nie widzisz, że stałaś się dla niego w pewien sposób ważna? - zapytał. Zobaczył powątpiewanie w oczach szatynki i głos mu złagodniał i stał się trochę smutniejszy. - On żałuje Miona. Stara się przy tobie zmienić. Czuje się winny jak każdy z nas, który przeżył. My, którzy służyliśmy u Czarnego Pana mamy największe wyrzuty. Nasi rodzice zabijali naszych kolegów, ludzi, z którymi przez sześć lat chodziliśmy do jednej szkoły, z którymi spaliśmy w jednym dormitorium. Nie oceniaj go zbyt surowo i spróbuj go poznać. Dla niego to naprawdę ważne.

***

Draco zamknął drzwi od pokoju szatynki i powoli się po nich obsunął. Usiadł na zakurzonej podłodze Pokoju Wspólnego i tępo wpatrywał się w ścianę naprzeciwko. Dopiero co słyszał jej krzyki, wołanie o pomoc, szloch... te dźwięki odbijały się dalej w jego głowie echem. To naprawdę przestraszyło go nie na żarty, ale najbardziej przeraził go widok jej oczu. Zawsze wesołe i radosne, teraz były zlęknione i puste. I jeszcze ten ból, ta niema prośba o uwolnienie, z którą na niego tak natarczywie patrzyła.
Zamknął oczy i schował twarz w dłoniach. Powoli wstał i skierował się do swojego pokoju. Spojrzał na biurko, na którym leżał nieskończony list. Odłożył go na bok i usiadł na łóżku. Zgasił światło. Nie spał, nie umiał. Siedział tylko analizując dzisiejsze wydarzenia. Mijały godziny, a on dalej tylko siedział w ciemności. Kiedy zaczęło świtać, pierwsze promienie słońca wpadły przez szczelinę w zasłonach i oświetliły niewielki medalion. przez głowę blondyna przewinęła się seria obrazów.
Wysoki blondyn krzyczący na niewielkiego czarnowłosego chłopca. Mała blond włosa dziewczynka siedząca na łóżku i chowająca coś w fałdach swojej koszuli nocnej. Ciepły uśmiech i szare oczy. Dłonie, na których niewielka blondynka składała mosiężny medalion i przykładała palec do ust, jakby mówiła "ani słowa", śmiejąc się jednocześnie.
Draco wstał i wziął medalion do ręki. Nie był ciężki, ani duży. Chłopak trzymał go na kominku razem z innymi ważnymi pamiątkami. Przycisnął ozdobę do piersi i zamknął oczy z ulgą. Już wiedział co zrobić, jak pomóc. Wrócił na swoje łóżko dalej przyciskając do siebie biżuterię, ale nie zasnął. Wpatrywał się w okno, gdzie słońce leniwie wstawało i sunęło po niebie.
Usłyszał również i ją. Starała się wyjść jak najciszej z pokoju, ale zdradziło ją ciche skrzypnięcie drzwi. Blondyn nie zrobił nic, nie podniósł się, dalej leżał i myślał. Bał się, jak dziewczyna zareaguje na niego. Będzie chciała z nim rozmawiać, czy może będzie go unikać? I najważniejsze pytanie. Wspominać o dzisiejszym incydencie, czy zachowywać się jak gdyby nigdy nic?
Chłopak rozmyślał tak długo, że nawet nie zauważył, kiedy wybiła 7:50. Podniósł się z posłania i szybko ubrał. Wbiegł szybko na śniadanie, chwycił jedną kanapkę i ruszył na lekcje. Pod klasę dotarł akurat wtedy, gdy zadzwonił dzwonek, ale nigdzie nie zauważył zarówno Hermiony, jak i Diabła.
Po czterdziestu pięciu minutach Zaklęć, wychodząc z klasy i idąc na następną lekcję, zachodził w głowę gdzie też oni mogli się podziać, ponieważ nie pojawili się do końca lekcji, kiedy na końcu korytarza zobaczył gryfonkę i Blaise'a idących ramię w ramię i rozmawiających o czymś. Gdy tylko go zobaczyli, pomachali mu i ruszyli w jego stronę.
- Gdzie wyście się do jasnej cholery podziewali?! - zapytał oburzonym głosem, na co Zabbini tylko się roześmiał.
- A widzisz. - zwrócił się do Hermiony. - Mówiłem, że będzie się martwił i odstawiał melodramat.
Draco spojrzał spodełba na przyjaciela, a potem na Hermionę, która lekko się zarumieniła i odwróciła wzrok. Czekała, aż blondyn wspomni o wydarzeniach dzisiejszej nocy, ale on tylko burknął obrażony.
- Chodźmy już lepiej na lekcje. - i odszedł korytarzem do następnej sali, a oni popędzili za nim.
Po kolejnych pięciu godzinach lekcji, z trzema esejami do napisania i trochę mniej obrażonym Draco, szli na obiad do Wielkiej Sali.
- Hej Mionka, może zjesz dzisiaj z nami? - zapytał z nienacka Blaise. Hermiona zrobiła wielkie oczy.
- Co? - zapytała niezbyt mądrze.
- No czy chciałabyś zjeść przy naszym stole?
Dziewczyna stała chwilę oniemiała.
- Nnie... - wyjąkała w końcu skonfudowana. - Zjem u siebie... dzięki.
- Jak chcesz. - odparł tylko czarnoskóry. Pomachał jej i odszedł do swojego stołu, gdzie od razu rzucił się na jedzenie.
- To... smacznego. - powiedział Malfoy i ruszył za przyjacielem.
- Smacznego. - powiedziała cicho gryfonka i usiadła przy stole Gryffindoru.
Właśnie jadła drugie danie, kiedy przysiadła się do niej Ginny.
- Gotowa na najlepszy babski wieczór? - zapytała podekscytowana Ruda.
- Co? - zapytała po raz drugi w przeciągu piętnastu minut Hermiona.
Uśmiech Rudej przygasł.
- Nie mów, że zapomniałaś. - powiedziała zrezygnowanym tonem.
Hermionie dopiero teraz w mózgu coś zatrybiło. Piątek... impreza... Ginny...
- Nie no oczywiście, że nie! - wykrzyknęła w myślach przeklinając się za własną głupotę i nieogarnięcie.
Młodsza gryfonka znowu się uśmiechnęła.
- Nie pogniewasz się, jeśli zaproszę kogoś jeszcze? - zapytała.
- Nie no skąd. To jak, u mnie?
- Ok, to o 16:00?
- Dobra. - odparła Hermiona i pogrążyła się w luźnej rozmowie.



_________________________________________

Następny rozdział pisany na szybko, żeby zdążyć dodać go dziś, a nie jutro.
Mam nadzieję, że wam się spodoba, bo ja osobiście jestem z niego
naprawdę zadowolona. Wprowadza trochę nowych wątków. Mówię od razu, że
temat koszmarów nie jest jeszcze zakończony :) Notka nie sprawdzona, więc za wszystkie
błędy z góry przepraszam. Następny rozdział (mam nadzieję) w piątek.
Czyli do następnego rozdziału.

Nie Normalna

PS KOMENTARZE jak zawsze pożądane.


2 komentarze:

  1. Wybacz, że nie skomentowałam poprzedniego rozdziału, ale za bardzo nie miałam czasu, dama rozumiesz; wakacje, czteroletni kuzyn na głowie itd.
    A co do rozdziału... to był super! Niby pisany na szybko, a jednak. Koszmar wyszedł super, oddałaś idealnie emocje Miony. Czekam na następny rozdział, mam nadzieję, że zaskoczy mnie tak samo, jak ten.
    Udanego tygodnia! :3
    Weny... bo będzie potrzebna :D
    Nella_qq

    OdpowiedzUsuń
  2. W końcu emocje i kupiłas mnie tym rozdzialem! Wyszedł ci naprawdę dobrze. Granger na pewno jakoś pomoże Blaise'owi!;)

    OdpowiedzUsuń