niedziela, 30 sierpnia 2015

To już historia 1

Rygor w magicznym świecie stale rósł odkąd Voldemort doszedł do władzy. Stare społeczeństwo nie potrafiło z tym walczyć, byli wyniszczani cal po calu, aż w końcu stali się posłusznymi pionkami w grze Czarnego Pana. Co prawda istniał jeszcze Zakon Feniksa, który także rósł w siły, ale był wciąż za słaby, aby zaatakować i zmienić szarą i przykrą dotąd codzienność. Życie w Hogwarcie diametralnie się zmieniło. To nie był ten sam zamek, do którego Hermiona zawitała po raz pierwszy jako jedenastoletnia dziewczynka. Zamiast sutych posiłków, na śniadanie, obiad i kolację dostawali suchy chleb, oraz wodę. Przy większych okazjach, aby okazać swoją dobroć na stołach stawiana była również marmolada, sporadycznie kawa. Na zajęciach panowały strikte określone zasady, oraz zaklęcia niewybaczalne. Każde, choćby najmniejsze nieposłuszeństwo było karane Cruciatusem, a nawet śmiercią.
Hermiona wzdrygnęła się na samą myśl o tym wszystkim. Można by było tak wymieniać i wymieniać, ale nic tak naprawdę nie pokarze tej nędzy, w której żyli dzisiejsi czarodzieje. Śmierć była na porządku dziennym, prześladowała ludzi... a może to ludzie prześladowali Śmierć? Bo czy torturowany i męczony człowiek nie błaga, by już go zabrać, nie ma żalu, że ukojenie przychodzi tak późno?
- Cześć. - z zamyślenia wyrwał ją łagodny głos Dracona Malfoy'a.
- Cześć. - odpowiedziała i uśmiechnęła się do niego ciepło. To on był teraz dla niej ostoją, najlepszym przyjacielem. Kiedy Harry i Ron trenowali się w Zakonie, Hermiona przybyła do Hogwartu. Pozwolono wrócić tutaj mugolakom, a wręcz zmuszano ich do tego, z jednego tylko powodu... żeby ich dręczyć. Hermiona postanowiła, że nie będzie się ukrywać, wróci i stawi czoło wrogowi. I pewnego dnia, kiedy już miała oberwać Cruciatusem, to właśnie Draco wstawił się za nią. I tak właśnie zaczęła się ich przyjaźń, dziwna i niezrozumiała, ale jednak.
- Lepiej ci już? - zapytał blondyn wskazując na jej obandażowaną rękę.
- Tak, przynajmniej nie krwawi. - wyszeptała. - Poszłam potajemnie do Pani Pomfrey. - wyznała gryfonka i spojrzała mu w oczy. Delikatnie ją przytulił.
- Zobaczysz, za niedługo się zagoi. - mówił spokojnie, kiedy po jej twarzy potoczyły się łzy. Potrząsnęła przecząco głową.
- Nie o to mi chodzi.
- To o co?
Brązowowłosa przez chwilę milczała.
- Dlaczego musimy żyć w takim świecie? Co my takiego zrobiliśmy?
- Nie mam pojęcia... nie mam pojęcia. - powiedział cicho i pocałował ją w czubek głowy.
Siedzieli tam, oparci o pień drzewa i przytuleni do siebie.
- Muszę już iść. Mike czeka na mnie w bibliotece. McGonagall poprosiła nas, żebyśmy znaleźli jakieś zaklęcia dla zakonu. - wyjaśniła i zaczęła się podnosić.
- Mogę wam pomóc. - zaoferował się chłopak.
- Nie, nie trzeba. Przecież wiem, że tego nie lubisz. - odpowiedziała i lekko się uśmiechnęła.
- W takim razie na moście?
- Na moście. - odpowiedziała i ruszyła w stronę zamku.

***

- Gotowa? - zapytał Mike, kiedy rzucili już na siebie zaklęcia.
Biblioteka była najczęściej zamknięta i pilnowana. Tylko raz w tygodniu otwierano ją dla uczniów, ale pozwalano im wejść tylko do jednego sektora, gdzie więcej było książek propagandowych, niż wszystkich innych razem wziętych. Dlatego też gryfonka i krukon musieli się tam włamać. Robili to już wiele razy, ale za każdym razem pozostawał strach, strach przed złapaniem.
- Nigdy nie będę na to gotowa. - wyszeptała Hermiona, ale już po chwili wyszeptała pierwsze zaklęcie otwierające. Mieli szczęście, bo dzisiaj czytelnia nie była strzeżona. Szybko znaleźli wskazanie przez profesor książki i zabrali się do wyjścia.
- Hermiona, co ty robisz? - syknął Mike, który stał już przy wyjściu, a brązowowłosa dalej przeglądała książki. 
- Idź, zaraz cię dogonię. - spojrzała jeszcze raz na regał i spostrzegła interesujący ją tom. Powieść, zresztą jak zawsze. Chwyciła wolumin i wyszła z biblioteki. Zapieczętowała ją z powrotem i ruszyła do wieży gryfindoru. Zobaczyła świeży wyskrobany znak insygni śmierci, który znikł zaraz po tym, jak na niego spojrzała. To znaczyło, że Mike bezpiecznie pobiegł do swojego Pokoju Wspólnego. Odetchnęła. I tym razem im się udało. Weszła spokojnie do Salonu Gryfonów. To tu, oprócz spotkań z Malfoy'em, siedziała najczęściej. Carrowowie i inni poplecznicy Voldemorta nieczęsto tu wchodzili, więc panowała tu raczej przyjemna atmosfera. Poszła do swojego dormitorium i wysłała odpowiednim zaklęciem książki do gabinetu profesor McGonagall. Wróciła do Pokoju Wspólnego. Spojrzała na zegarek i wyjęła ukradzioną powieść. Już miała zacząć ją czytać, kiedy w komnacie zawrzało. Przez dziurę w pod portretem weszło kilku siódmoklasistów, niosąc na rękach małego, nieprzytomnego chłopca. Dziecko drżało lekko. Chłopcy położyli go na podłodze. Hermiona rzuciła książkę i podbiegła do nich. Uklękła przy drugoklasiście.
- Odsuńcie się, on potrzebuje powietrza. - ryknęła do tłumu gapiów. Teraz zwróciła się bezpośrednio do jednego ze swoich rówieśników, którzy przynieśli chłopca. - Co mu się stało Steve?
- Cruciatus... od obu Carrow'ów.
- Za co? - zapytała otwierając powieki malca i patrząc w jego źrenice.
- Mugolak. - wyjaśnił Steve. Nic więcej nie trzeba było mówić. To jedno słowo oddawało przyczynę okropnego stanu dziecka. Nie musiał zrobić nic konkretnego, wystarczyło, że krzywo szedł.
- Dajcie mi okład. - krzyknęła. W czasie, gdy ktoś przygotowywał potrzebne materiały dla Hermiony, ona sama wysłała Patronusa do Draco. Nie chciała, aby chłopak stał w umówionym miejscu bez sensu. Ona i tak się tam nie pojawi. Musiała pomóc temu chłopcu. Miała też cichą nadzieję, że Draco zjawi się tutaj, aby jej pomóc. Draco i Hermiona byli najlepszymi, zaraz po Pani Pomfrey, magomedykami w tej szkole.
I nie myliła się, zaledwie po dziesięciu minutach, gdy tylko zdążyła zrobić chłopcu pierwszy okład, dziura pod portretem znów się otworzyła i wbiegł przez nią zdyszany Draco. Zrzucił swoją marynarkę i klękną zaraz przy Hermionie.
- Co z nim?
- Crucio.
- Dlaczego?
Spojrzał na twarz Hermiony i już wiedział.
- Zrobiłaś mu okład?
- Tak, za kogo ty mnie uważasz? - zaśmiała się lekko. Dotknął czoła chłopca.
- Już jest zimny i nie drga... to dobry znak. - stwierdził. To Draco był specem od zaklęć Niewybaczalnych. Hermiona o wiele lepiej czuła się w leczeniu tak zwanych zwykłych zaklęć i urazów.
- Dalej się nie budzi. - powiedziała twardo, choć łzy cisnęły się jej do oczu.
- To nic, musi odpocząć. Najlepiej będzie, jeśli położymy go do łóżka i damy spać.
Jak powiedział tak też zrobili. Kiedy chłopiec został wyniesiony, Draco przytulił Hermionę. Stali tak wtuleni w siebie. On myślał, a ona łkała w jego koszulę.
- Już dobrze. - szeptał.
- Ja wiem, tylko... to jest takie dołujące... - nie mogła już nic więcej powiedzieć... po prostu nie mogła.
Rozejrzał się po pokoju.
- To co? - uśmiechnął się do niej. - Może jakiś całus w ramach wdzięczności?
Pokręciła głową i zaśmiała się.
- Nie ma mowy Malfoy.
Pomyślał, że nawet z zapuchniętymi od płaczu oczami wyglądała pięknie.
- Nie to nie, ale jeszcze będziesz błagać, o pocałunek. - oświadczył. Zabrał swoją rzuconą w biegu marynarkę, uśmiechnął się jeszcze raz pokrzepiająco w stronę Hermiony i wyszedł. Od razu młodsze dziewczyny zaczęły wzdychać nad boskością Draco Malfoy'a. Hermiona nie chciała ich słuchać. Podniosła z ziemi swoją książkę i zaczęła czytać.

***

Tydzień później wszystko wróciło do normy, a przynajmniej było tak, ja choćby dwa tygodnie temu. Hermiona szła właśnie na śniadanie, kiedy poczuła, że ktoś łapie ją w pasie. Pocałował ją w oba policzki, a ona już wiedziała kto to.
- Cześć Smoku. - powiedziała i uśmiechnęła się. To były jedne z niewielu szczęśliwych, beztroskich chwil.
- Cześć Piękna. - puścił ją i stanął  przed nią. - Po śniadaniu idź do swojego dormitorium. - powiedział cicho. - Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. - mrugnął do niej i wszedł do Wielkiej Sali. Hermiona tylko wywróciła oczami. Co on znowu wymyślił?
Ale jak powiedział, tak też zrobiła. Zjadła szybko swoją lichą porcję chleba i ruszyła do swojego pokoju. Ledwo tam weszła, a wbiegł i Draco.
- No więc co chcesz mi takiego ważnego przekazać?
- Nawet nie uwierzysz co odkryłem. - zapadła chwila ciszy, a Hermionę aż rozsadzała ciekawość. - Carrow'owie wcale nie dostają chleba z wodą. Oni mają iście królewskie posiłki! - wykrzyknął.
- Co ty bredzisz. 
- No tak! Nie zastanowiło cię nigdy, dlaczego nie przychodzą na posiłki? To jasne! Bo mają swoje, w swoich komnatach, złożone z rzeczy, dla których inni by się pozabijali.
Hermiona zastanowiła się. Faktycznie, jak teraz o tym myślała, mogła to być prawda. Nawet nie pytała Malfoy'a skąd o tym wiedział. Każdy miał swoje źródła i niech tak pozostanie.
- Ale co w związku z tym? - zapytała w końcu, ale już znała odpowiedz.
- Co powiesz na małą kradzież? - zapytał chłopak z błyskiem w oku, ale i on znał już odpowiedz.

***

Po dwóch dniach obserwacji dormitoriów obu Carrow'ów, spotkali się na moście. To było ich miejsce spotkań.
- Wychodzą mniej więcej w tym samym czasie. Myślę, że najlepiej będzie zrobić to rano we wtorek. - zaproponował Draco siedząc na barierce. Pod nim szumiała woda, a przed nim stała dziewczyna jego marzeń.
- Tak... - odparła w zamyśleniu Hermiona. - Myślę, że to dobry pomysł, ale i tak uważam, że nie możemy siedzieć tam dłużej niż dziesięć minut.
- Wchodzimy, odnajdujemy żarcie, spadamy. - podsumował ślizgon i ześlizgnął się z barierki.
Razem ruszyli do zamku szturchając się nawzajem i wpadając w zaspy. Weszli do Sali Wejściowej i od razu napadł ich Blaise, najlepszy przyjaciel Draco.
- Boże, Smoku, stary, wszędzie cię szukałem. - powiedział zdyszany.
- Co się stało Diable.
- A nic, po prostu chciałem cię znaleźć. - ślizgon wzruszył ramionami.
Po chwili ciszy, kiedy szli korytarzem dodał jednak.
- Wiecie, że na piątym piętrze zostały znalezione ciała kilku trzecioklasistów? Oberwali naprawdę jakąś mocną klątwą. - powiedział cicho.
Draco zacisnął dłonie w pięści.
- Dlaczego mnie nie wezwaliście? - zapytał bardziej z żalem niż gniewem, ale chyba spodziewał się odpowiedzi.
- Nic nie dało się już zrobić. - prawie wyszeptał czarnoskóry chłopak. - Zostali znalezieni martwi.
Dalej szli w milczeniu. W myślach Hermiona modliła się za te Bogu ducha winne dzieci. Ale nie uroniła ani jednej łzy. Nie było na to czasu.
Nawet nie zorientowała się, kiedy doszli do portretu Grubej Damy.
- To do jutra rano. - rzuciła do nich i weszła do Salonu Wspólnego.

***

Hermiona:

Następnego dnia rano, Draco i ja spotkaliśmy się w Sali Wejściowej. Postanowiliśmy, że zrobimy kradzież dopiero po śniadaniu, żeby nie było podejrzeń, choć i tak wątpiłam, żeby Carrow'owie zauważyli braki w zapasach. Razem weszliśmy na posiłek i skierowaliśmy się do swoich stołów. Usiadłam na swoim miejscu i spojrzałam na swój chleb. Nic nowego. Jeszcze raz spojrzałam na mój talerz, żeby przyjrzeć się swojej szarej rzeczywistości. Nędzy.
Spojrzałam w bok. Koło mnie siedziała mała, wychudła dziewczynka i przerażonym wzrokiem wpatrywała się w ostatni kęs swojego chleba i wielkim wysiłkiem woli oderwała mały kawałek i schowała go do kieszeni mundurka. Zapewne dla chorego brata, albo kolegi. Przeniosłam wzrok na mój posiłek i podałam go jej.
- Weź. - powiedziałam do niej, kiedy patrzyła swoim wylęknionym wzrokiem na moją twarz.
Wyciągnęła swoją chudą rączkę i wzięła podarek. Oderwała mały kawałek i włożyła go do buzi z ulgą. Resztę schowała do mundurka. W jej oczach zabłysła wesoła iskierka. 
- Dziękuję. - wyszeptała. Podniosła się z ławki i ruszyła w stronę wyjścia.
Wypiłam wodę, a gdy zobaczyła, że Draco wstaje i wychodzi, sama również odeszłam od stołu.
Szliśmy korytarzem drugiego piętra. Dzwonek już zadzwonił. Carrow'owie mieli teraz lekcje, a my okienko. Zatrzymaliśmy się na rozdrożu.
- Pamiętasz nasze ustalenia? - zapytał mnie Draco.
Kiwnęłam głową.
- Zabieraj tyle ile się da. - powiedziałam do niego i ruszyłam swoim korytarzem. 
- Hermiona. - krzyknął za mną, a ja się odwróciłam. - Będzie dobrze. - powiedział.
Przytaknęłam głową zbyt zdenerwowana, żeby cokolwiek powiedzieć. On dobrze wyczuł mój nastrój. Może wyglądałam na opanowaną i pewną siebie, ale w środku trzęsłam się jak osika. Nawet nie chcę myśleć, co by czekało mnie, a tym bardziej Draco, gdybyśmy zostali przyłapani w dormitorium nauczycieli i to tych na służbie Voldemorta. I wtedy pomyślałam o tej dziewczynce, której dzisiaj oddałam swój posiłek. Teraz nie miałam już zahamowań.
Otrząsnęłam się i stanęłam cztery metry od drzwi. Ja miałam zająć się pokojem Alecto. Rzuciłam na siebie zaklęcie niewidzialności i ruszyłam przed siebie. Wszystko szło łatwo. Na Drzwiach nie było skomplikowanych zaklęć. Dostałam się do środka bez większych przeszkód. Zawsze wiedziałam, że Carrow'owie są tylko ślepymi przygłupami, bezmyślnie wykonującymi rozkazy.
Rozejrzałam się po pokoju, a kiedy upewniłam się, że wszystko jest w porządku, zdjęłam z siebie zaklęcie niewidzialności. W pierwszym pokoju nie było zbyt wielu interesujących rzeczy. Kanapa, dwa fotele, stolik, kilka wypitych butelek whisky i biurko... tak biurko...
Wiedziałam, że nie powinnam, ale pokusa sprawdzenia co Alecto ukrywa przed światem była zbyt wielka. Na palcach podeszłam do wielkiego mahoniowego biurka i otworzyłam po kolei wszystkie szuflady. Prześlizgiwałam się wzrokiem po oficjalnych listach od Czarnego Pana, i innej korespondencji naszej Pani profesor. Było tam też kilka fotografii i starych dokumentów. Zrobiłam kilka kopii co bardziej interesujących papierów. W najniższej szufladzie biurka znalazłam jednak coś, co bardziej skupiło moją uwagę.
Leżało tam wiele teczek z imionami i nazwiskami poszczególnych uczniów. Niektóre były pokreślone czerwonymi liniami i już po chwili zorientowałam się, że są to akta uczniów, którzy umarli, albo zniknęli w nie wyjaśnionych okolicznościach. Szybko odnalazłam akta Draco i zajrzałam do nich pośpiesznie. Musiałam mieć pewność, że o nic go nie podejrzewają. Spojrzałam zlękniona na zegarek. Z Draconem ustaliliśmy, że nie możemy spędzić w dormitorium więcej niż piętnastu minut, tymczasem ja sprawdzałam biurko już dziesięć.
Zrobiłam kopie bardziej interesujących mnie akt i ruszyłam do następnego pokoju. To, co zobaczyłam, przerosło moje najszczersze oczekiwania. W komnacie ustawiony był wielki stół, przy którym zmieściłaby się cała rodzina wielopokoleniowa. Ława aż uginała się pod naporem jedzenia, wielkich pucharów i talerzy. Przez chwilę miałam upiorną myśl, czy może do sypialni Alecto nie przychodzą zjeść jednocześnie wszyscy śmierciożercy w szeregach Czarnego Pana! W mgnieniu oka przetransmutowałam jeden z pucharów w wielki wór i zaczęłam napychać do niego jedzenia. Byłam wdzięczna losowi za to, że skrzaty domowe najwyraźniej spóźniały się dzisiaj z posprzątaniem po śniadaniu.
Kiedy wór był już napchany po same brzegi, pomniejszyłam go i wrzuciłam do torby na ramię, którą przyniosłam ze sobą. Na szczęście potraktowałam ją wcześniej zaklęciem zmniejszająco-zwiększającym, więc mogłam i do niej wrzucić jeszcze trochę jedzenia. Rozejrzałam się jeszcze po pokoju i mój wzrok napotkał niewielki barek. Spojrzałam nerwowo na zegarek. Została mi nie cała minuta, ale nie mogłam się powstrzymać od nagięcia trochę czasu. Dzięki temu alkoholowi mogłabym sprawniej usuwać niektóre rany i tworzyć nowe eliksiry, które były coraz bardziej potrzebne, i było ich coraz mniej. Pośpiesznie zaczęłam pakować butelki do torebki, uważając, żeby nie zgniotły jedzenia i nie rozbiły się. Kiedy skończyłam, rzuciłam się do wyjścia. Szybko nałożyłam na siebie zaklęcie niewidzialności i otworzyłam lekko drzwi, żeby upewnić się, że nikogo nie ma na korytarzu. Wypadłam na korytarz, zabezpieczyłam drzwi ochronnymi zaklęciami, które były nałożone już wcześniej i popędziłam korytarzem do miejsca, w którym miałam spotkać się z Draco. Już wiedziałam, że będzie zły, w końcu musiał się bardzo denerwować moją przedłużającą się nieobecnością. Wiedziałam jednak, że to wszystko wynagrodzi mu łup, jaki dzisiaj zdobyliśmy. Zdyszana wpadłam do pustej klasy, gdzie mieliśmy się spotkać i ściągnęłam z siebie zaklęcie.
- Do jasnej cholery, gdzieś ty była! - usłyszałam zdenerwowany głos blondyna tuż za sobą. Zacisnęłam oczy i odwróciłam się niepewnie.
- Och, daj spokój, trochę się spóźniłam. - powiedziałam nonszalanckim tonem, ale to nie złagodziło furii w jego oczach.
- Trochę... tro... trochę?! Nie było cię ponad pięć minut! Już miałem iść do dormitorium Alecto spróbować cię ratować!
- Nic takiego się nie stało. - spuściłam głowę i podeszłam do niego. - Musiałam sprawdzić, czy wszystko jest okej, czy nic na nas nie mają. - powiedziałam i spojrzałam mu w oczy. - Tam było biurko, a w biurku akta... kilka listów... pokusa była zbyt wielka...
Widziałam jak gniew w jego oczach słabnie. Zawahał się na chwilę, ale po chwili, jakby z lekkim oporem, przytulił mnie, a ja wtuliłam się w niego ufnie.
- Musisz bardziej uważać. - powiedział do mnie. - To nie są ludzie, którzy przebaczają. - wyszeptał mi do ucha drżącym głosem, a ja poczułam na swojej głowie łzę. Palącą i słoną. To był jedyny raz, kiedy widziałam Dracona Malfoy'a płaczącego. Nie dane mi było oglądać tego widoku już nigdy więcej.








1 komentarz:

  1. Ej! Jak można kończyć w takim momencie! Jestem niepocieszona. :(
    A tak poza tym, to cieszę się, że wróciłaś. ❤
    Nawet nie zdawałam sobie sprawy, jak mi Ciebie brakowało. ;)
    A co do powyższego króciutkiego opowiadania (po stojącej jedynce przy tytule, w moim ciele zakwitła nadzieja, że będziesz to kontynuowała), to bardzo mi się podobało. Co prawda, znalazło się kilka błędów, ale tam, kto by na nie zwracał uwagę. :D
    Ściskam mocno!
    Pozdrawiam,
    Cassie :)

    wieczne-pioro-cassie.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń